– Sto
pięćdziesiąt orenów i ani orena mniej. – Triss wydęła wargi i założyła ręce na
piersi. Targowanie te dziady miały we krwi.
– Niech
już będzie, psiamać! – warknął rozeźlony wójt i machnął swoją szeroką łapą. –
Ale skóra ma być zdarta ze skalpem.
– A jak
niechcący miecz omskie się na łeb poczwary? – zapytała od niechcenie kobieta i sprawdziła
uprząż swojego konia.
– To niech
się nie omsyka! Chędożone ghule. Żryć by tylko przyłaziły.
–
Bywajcie, panie wójcie – powiedziała Triss, sadowiąc się na grzbiecie
wierzchowca. – Wrócę przed świtem.